Aktualności

IN VITRO - zawsze warto mieć nadzieję, choć wiadomo, że łatwo nie będzie

fot. Aleksandra Sitarek

 

Rozmawiamy z Joanną, mamą cudownej dziewczynki. To opowieść o nieustającej wierze w zwycięstwo, wielkim poświęceniu i cierpieniu kobiety walczącej o rodzinę. Opowiemy o codziennych zmaganiach i barierach, które stoją na drodze rodziców starających się o własne potomstwo.

Ku przestrodze i nadziei dla wielu par…

– Zna Pani znakomicie trasę z domu do kliniki. To ponad 300 km. Ile w sumie kilometrów pokonaliście Państwo, by osiągnąć swój wymarzony cel: córkę?

– Droga jest nam doskonale znana. Trudno te kilometry zliczyć. Ale było ich na pewno sporo. Możemy liczyć w tysiącach… /śmiech/

 

– Pani opowieść o pragnieniu i walce o bycia mamą nadaje się na scenariusz książki, a nie jedynie wywiad. Zacznijmy jednak od początku. Czy planowaliście zajście w ciążę?

– Jako nastolatka zawsze wiedziałam, czułam wręcz, że będę kiedyś mamą dziewczynki. Długi czas przed ślubem planowałam ciążę. Nie miało to dla mnie znaczenia czy dziecko pojawiłoby się przed czy po zawarciu małżeństwa. Pamiętam jak zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy oby wszystko jest w porządku. Przeczuwałam trochę problemy, które potem miały jednak nadejść. Zaczęliśmy się razem badać. U męża wykryto słabą ruchliwość plemników, a u mnie niedrożny lewy jajowód. Na nieszczęście owulowałam comiesięcznie z jajnika właśnie lewego! Z tego powodu poddaliśmy się kilku inseminacjom – bezskutecznie.

 

– Czy były chwile zwątpienia? Jak radziliście sobie ze stresem, oczekiwaniem na wynik, ale i obawą o możliwe niepowodzenie kolejnej próby? Pary często przeżywają kryzys nierzadko obwiniając siebie nawzajem o porażkę.

– Oj, tak. Było ich wiele. Nie ma tak niestety, że wiecznie myślisz pozytywnie. Na początku bywałam zła na cały świat. Potem przyszła zwyczajna niemoc. Płakałam gdzieś w ukryciu, walczyłam sama ze sobą…. Później nie byłam w stanie hamować łez, smutku przy mężu, rodzinie czy znajomych… Zazdrościłam innym kobietom będącym w ciąży czy prowadzącym wózki z dzieckiem. Znienawidziłam kuzynkę, że będąc młodszą ode mnie spodziewa się dziecka. Te uczucia były silniejsze ode mnie i targały mną jak oszalałe. Ta cała rozpacz powodowała u mnie utratę wagi. Mało jadłam. Średnio cieszyłam się życiem. Zasięgnęłam nawet porady psychiatry. On polecił mi wyjazd, by się wyciszyć, zapomnieć i odpocząć – spróbować żyć normalnie. Jednak na takim etapie trudno zostawić emocje za sobą, nie da się tak po prostu… Przynajmniej ja nie potrafiłam tego zrobić. Żyłam wówczas według schematu: okres – owulacja – sex – nogi w górze, a potem rozczarowanie negatywnym testem ciążowym. Płacz, złość i wieczne pytanie: Dlaczego? Nigdy jednak nikt z nas nie obwiniał siebie nawzajem o niepowodzenie. Czasem miałam jakieś pretensje do siebie. Mąż zawsze myślał pozytywnie, podtrzymywał na duchu. To on był takim motorem psychicznym. Wspierał mnie mocno każdego dnia.

 

– I wtedy pojawiło się światełko w tunelu… bioenergoterapeuta. Jak Pani określiła „czarodziej dróg rodnych”? /śmiech/ Brzmi to nieco niewiarygodnie, a jednak…

– Kiedyś moja znajoma- również borykająca się z niepłodnością – wyszukała bioenergoterapeutę z Warszawy. To właśnie dzięki niemu udało się jej zajść w ciążę. Chciałabym podkreślić, że owa znajoma miała szereg przeciwwskazań zdrowotnych do naturalnego poczęcia. Zaczęłam przekonywać męża na spotkania z bioenergoterapeutą, choć wiedziałam, że może być ciężko z uwagi na sceptycyzm męża. Nie wierzył w takie cuda. Ja jednak uparta postawiłam na swoim. Chyba bym sobie nie wybaczyła, gdybym nie spróbowała… Był koniec lipca, kiedy pojechaliśmy do niego pierwszy raz. Przyjmował w mieszkaniu, w zwykłym M4: boazeria i klimatyczny pokój. Jakoś tak było od razu ciepło w tym domu. Tak bardzo przytulnie. Leżąc na kozetce, przy dźwiękach relaksacyjnej muzyki Pan BIO przykładał dłonie nad moje ciało – zaczynając od czoła a kończąc na pachwinach. Czułam niesamowite gorąco, odprężenie i spokój. Potem kolej przyszła na męża. Schemat seansu się powtórzył. Było w tym wszystkim coś z magii: można było przyjechać tam zmęczonym i złym, a wychodziło się stamtąd szczęśliwym i uśmiechniętym, wręcz naładowanym dobrą energią. I tak co tydzień. W weekend przemierzaliśmy przeszło 250 km w jedną stronę do Warszawy, na spotkania z Panem Czarodziejem. Właściwie żyliśmy od soboty do soboty. Z cyklu na cykl. Zwiedzaliśmy przy okazji stolicę.

 

– I co było dalej?

– Po czterech miesiącach terapii, po powrocie z jednej z wizyt zachorowałam…. Na zapalenie miednicy mniejszej. Okropny ból przydatków i tygodniowy pobyt w szpitalu. Kiedy zadzwoniłam do Pana BIO, żeby odwołać wizytę i wytłumaczyłam przyczynę, usłyszałam tylko zdanie- cytuję: „acha, czyli puściło”. Wówczas nie wiedziałam jeszcze co te słowa mają znaczyć. Miałam zrozumieć ich sens dopiero za jakiś czas.

 

– … to znaczy?

– Ze szpitala skierowano mnie na badanie laparoskopowe. Zgłosiłam się w styczniu na zabieg, ale bakterie w moczu mnie zdyskwalifikowały. Potem w lutym silny kaszel. W końcu w marcu przeprowadzono zabieg i wówczas czytając wypis ze szpitala zaniemówiłam. Epikryza zawierała zdanie: „JAJOWODY DROŻNE, PŁYN PRZEPŁYWA SWOBODNIE” Zrozumiałam wtedy co bioenergoterapeuta miał na myśli. Jestem pewna, że dzięki jego seansom udrożnił mi się jajowód. Wiem, że to jemu zawdzięczam. Wiem to na 100%. Zbadaliśmy też nasienie męża i wszystko było w porządku; ruchliwość plemników była w normie. I czego chcieć więcej? Tylko działać i zachodzić w ciążę. Niestety kolejne miesiące nie przyniosły żadnych wieści…. Już nie wierzyłam w inseminację. Dużo myślałam o in vitro, o adopcji. Ale na adopcję nie byłam jeszcze gotowa. Wbrew pozorom decyzja o tym, nie jest wcale prosta. W lipcu 2009 postanowiłam, że jeżeli do końca roku nie zajdziemy w ciążę, to rozpoczynamy procedurę in vitro. Na początku września moja znajoma z Warszawy (z podobnym problemem, jak ja) zadzwoniła z informacją, że w jednej z klinik przeprowadzają badanie kliniczne, w którym na grupie 100 kobiet (par) sprawdzają skuteczność powszechnie stosowanych leków przy stymulacji IVF. Zgłosiłam się od razu. Otrzymałam listę badań niezbędnych do kwalifikacji.

 

– I tu pojawił się problem. Czy tak?

Klinika sponsorująca program wymagała od uczestniczek przedstawienia badań. Wykluczano z programu kobiety, które miały pewne schorzenia. Mnie brakowało jednego badania – prolaktyny. Ginekolog, który prowadził moją terapię przez 3 lata, nigdy nie zlecił mi badania jej poziomu. Nie wiem, jak mogłam być tak nierozsądna i uwierzyć mu, że obrazowo wszystko jest prawidłowe i badanie prolaktyny jest zbyteczne. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu wynik prolaktyny był wielokrotnie przekroczony. Mój organizm sam się zabezpieczał przed ciążą niczym naturalna antykoncepcja! Załamana i zapłakana wiedziałam, że ten wynik zaważy na moim uczestnictwie w programie. Z pomocą przyszła mi znajoma z Warszawy, która… oddała mi swoje tabletki na zmniejszenie tak wysokiego poziomu prolaktyny. Zaczęłam zażywać ten lek a po tygodniu wyniki się ustabilizowały i takie badanie załączyłam do reszty dokumentów wymaganych przez klinikę. Leku nie odstawiłam. Brałam go codziennie. Zakwalifikowałam się do programu! Rozpoczęłam procedurę in vitro. Jechałam na wyznaczony termin do kliniki. Wtedy pojawił się kolejny problem. Podczas weryfikacji dokumentów okazało się, że w epikryzie wcześniejszej laparoskopii mam napisane pojedyncze ogniska endometriozy – coś co sponsor wykluczył jako powód niepłodności. Jadąc do Warszawy z wielką nadzieją, wyjechałam ze stolicy z niczym… zapłakana i rozczarowana. Musiałam dostarczyć dokumenty z drożnością jajowodów, ale bez innych opisów.  Zarejestrowałam się w szpitalu na badanie HSG (inaczej badanie rentgenowskie macicy oraz jajowodów). Terminy był odległe, a mnie gonił czas. Jedna starsza pani pielęgniarka słysząc moją historię, chyba zlitowała się nade mną, i wpisała mnie na prześwietlenie poza kolejką.

 

– Widzę piękne zdjęcie z Waszych rodzinnych wakacji. Szczupła blondynka, około trzydziestu paru lat i świetnie prezentuje się w bikini. Na plaży pytają się skąd te blizny na nodze? W czasie terapii hormonalnej dowiedziała się Pani o… nowotworze.

– I tu zaczął się kolejny koszmar w moim życiu. Podczas badania HSG okazało się, że oba jajowody są niedrożne. Powstały zrosty pooperacyjne a taki wynik badania dyskwalifikował mnie z udziału w badaniu klinicznym i co za tym idzie odbierał szanse na macierzyństwo. Na domiar złego radiolog zauważył w obrazie lewego uda coś niepokojącego. Skierowano mnie do ortopedy z podejrzeniem nowotworu kości udowej. To, co wtedy czułam słysząc słowa lekarza jest nie do opisania… W jednej sekundzie wali się cały świat, wszystkie plany i marzenia. Nie wiesz, co cię czeka… Pierwsze, co musiałam zrobić, to próbować „przytrzymać miejsce” w grupie uczestników badania klinicznego do czasu, aż skonsultuję się z ortopedą. Pani doktor była na tyle wyrozumiała, wspaniała, że dokładnie zapamiętałam jej słowa: „Pani Asiu my tu na panią czekamy!”  I tak w styczniu przeprowadzono mi biopsję, a w warszawskiej klinice czekano na jej wynik.

 

– Była Pani w szpitalu w tym samym czasie, co Pani dziadek. Jemu się nie udało… Pani walczyła dalej.

– Na dzień przed biopsją do szpitala trafił mój już bardzo chory dziadek, jedyny, ostatni… Pamiętam jego twarz tuż przed zabiegiem. Patrzył na mnie smutnymi oczami, jakby wiedział, że odchodzi… Umarł kilka dni później. Ja na jego pogrzebie, przez łzy, cieszyłam się na wieść, że jestem zdrowa, i że nowotwór został wykluczony. I tak miesiąc później mogłam rozpocząć procedurę in vitro. Czułam, że życie daje mi niezłą lekcję. Niestety nadal pozostawałam bez odpowiedniego dokumentu dla kliniki. Zadecydowałam, że załączę jednostronny wypis ze szpitala omijając szczegółową epikryzę i pozostawiając jedynie informację o drożnych jajowodach. I z takim wynikiem pojechałam po nasze dziecko! I tak 20 lutego wszystko się zaczęło. Rozpoczęłam stymulację i modliłam się o szczęśliwe zakończenie.

 

– Proszę opowiedzieć o zabiegu in vitro w klinice. Czy udało się od razu być mamą?

– Mój organizm bardzo dobrze zareagował na leki stymulujące. Po kilku dniach konieczne było zmniejszenie dawki zastrzyków, bo moje jajeczka rosły w ekspresowym tempie. Na czas częstych wizyt w klinice zamieszkałam u znajomej ze szkolnych lat. Mąż dojeżdżał na dzień punkcji jajników i oddania nasienia. Pobrano mi wówczas 19 oocytów. Wszystkie były pięknie dojrzałe. Mąż oddał nasienie i czekaliśmy na informację o zapłodnieniu moich jajeczek. Obolała następnego dnia wracałam do domu. Z 19 oocytów zapłodniło się 18. Po 5 dniach po punkcji w kiepskim stanie zjawiłam się ponownie w klinice. Niestety byłam „przestymulowana” i musiano mi przetoczyć albuminę ludzką (białko). Jajniki były tak nabrzmiałe, że nie mogłam się wyprostować i bardzo mnie bolało. Było duże ryzyko transferu zarodka, ale pomimo wielu przeciwności Pani Doktor podjęła decyzję o kontynuacji zabiegu.

 

– W rozmowie ze mną żartowała Pani, że wybrała sobie konkretnie taką córkę: chcę tę niebieskooką blondynkę!

– I tak 8 marca, w Dzień Kobiet, przeprowadzono u mnie transfer jednego ślicznego zarodka (blastocysty) w piątej dobie życia. Reszta zarodków została zamrożona. Pamiętam dokładnie drogę powrotną do domu. Połowa Warszawy była rozkopana i jechaliśmy po takich nierównościach, że trzymałam się za brzuch w obawie przed zbyt mocnym go trzęsieniem. W sobotę rano, po dwóch tygodniach od transferu, zrobiłam test ciążowy. Położyłam go na wannie i … uciekłam z łazienki! Chodziłam zdenerwowana po całym mieszkaniu. Ujrzawszy wreszcie niewyraźną kreskę ciążową ogarnął mnie taki płacz, taki strach, dziwny, ale przy tym niewiarygodna radość! Będę mamą! Była 7.00 rano kiedy obudziłam wszystkich. Mój mąż nie mógł uwierzyć, choć to on od samego początku czuł, że się uda. W poniedziałek czekała nas wizyta w klinice celem badania HCG. Oczywiście wynik się potwierdził i byliśmy w ciąży. Chciałam wtedy wykrzyczeć całemu światu, że będziemy mieli dziecko! Byłam tak szczęśliwa jak nigdy. I czułam, że będzie to dziewczynka. Zawsze to wiedziałam… i chyba poniekąd właśnie jej pragnęłam: być mamą dziewczynki!

 

– Później nie było też łatwiej: krwawienie i szpital… długie miesiące w łóżku… Bała się Pani, że się nie uda tym razem?

– Tak. Niestety niedługo mogłam się cieszyć spokojną ciążą. Z początkiem 11. tygodnia zaczęłam plamić. Uspakajano mnie, że to pewnie nadżerka. Lekarz prowadzący zbadał mnie i niczego niepokojącego nie stwierdził. Kazał leżeć i tyle. A wieczorem tego dnia.. dostałam krwotoku. Byłam przekonana, że straciłam swoje ukochane dziecko. Trafiłam do szpitala. Przyjęto mnie na oddział, zbadano i podano leki. Lekarze uspokoili, że ciąża jest żywa, a kanał szyjki zamknięty. Całą noc płakałam. Nie mogłam zasnąć. Następnego dnia postawiono diagnozę: odklejanie się kosmówki i krwiak. Powiedziano mi, że muszę leżeć aż do porodu. Nie wolno mi było chodzić, schylać, napinać mięśni brzucha. Leżałam w szpitalu cztery tygodnie. Widziałam dziesiątki poronień, walk o życie nienarodzonych dzieci… Po powrocie do domu korzystałam jedynie z łazienki, a na wizyty lekarskie wieziona byłam samochodem, uprzednio wynoszona z mieszkania na krześle. Byłam w kiepskim stanie psychicznym. Bałam się zasypiać w obawie, że w nocy coś mi się stanie. Odliczałam każdy tydzień ciąży, każdy dzień. Cieszyłam się z każdego poranka i ruchu mojego dziecka. Ale każdy kolejny dzień był dla mnie też niepewny.

 

– I tak się stało. Była Pani kolejny raz w szpitalu?

– Do szpitala trafiłam ponownie zaledwie 3 tygodnie po pierwszym pobycie. I potem raz jeszcze. Uprzedzono mnie, że z powodu przodującego łożyska nie urodzę naturalnie. W 7. miesiącu ciąży zamieszkałam u rodziców. Czułam się bezpieczniej, kiedy mąż był w pracy. Jakby było mało kłopotów, dopadła mnie cukrzyca ciążowa. Musiałam trzymać się diety. Obiady i posiłki przygotowywała mi mama. Mąż masował mi nogi, oklepywał plecy i … malował french manicure u nóg! Tak, tak … mój mąż!/śmiech/ Robił to wręcz perfekcyjnie.

 

– A jednak przy tej opiece czuła się Pani nieco samotna… Pytam o odczucia.

– Najgorsze dla mnie było to, że nie mogłam cieszyć się ciążą, jak każda inna kobieta. Nie spacerowałam. Nikogo nie odwiedzałam. Nie mogłam robić zakupów dla dziecka. Kiedyś mąż ze szwagrem zabrali mnie do sklepu. Nieśli mnie tam siedzącą na krzesełku. /śmiech/ I to był wtedy jedyny raz. A ja chciałam bardzo wszystkim pokazać „moją ciążę”. Chciałam, by cały świat mnie zobaczył. Pamiętam raz, kiedy jechaliśmy na wizytę do lekarza.. Stałam chwilę przed wejściem do auta licząc, że nagle całe sąsiedztwo akurat będzie obok przechodzić… i mnie zobaczy! /śmiech/

 

– I wreszcie nadszedł ten dzień…

– Tak, dotrwałam do 39 tygodnia ciąży. Do dnia porodu.  Pamiętam ten poranek bardzo dokładnie. Szpital. Mąż w różowej koszuli. Ja siadam na wózek. Prowadzi go moja ulubiona położna. Jedziemy i razem z nią płaczemy. Emocje puściły na chwilę przed porodem. Nie mogłam uwierzyć, że dałam radę! Nie mogłam uwierzyć, że za chwilę moje największe marzenie się spełni… I tak 15 listopada urodziłam, zdrową i śliczną córkę. Kogoś niesamowitego i pięknego! Pełnia szczęścia /płacz/

 

In vitro ma zarówno wielu zwolenników, jak i osób przeciwnych wspieraniu narodzin tą metodą. Poza barierą finansową, istnieje wiele przeszkód prawnych, kulturowo czy społecznie utrwalonych poglądów, stojących nierzadko w sprzeczności z pragnieniem posiadania własnego dziecka. Jak ocenia Pani z własnej perspektywy szanse polskich par na posiadanie dziecka?

Niestety w Polsce rośnie lawinowo liczba par zmagających się z niepłodnością. I co najgorsze, ten problem będzie narastał. Jesteśmy jedynym krajem europejskim, w którym niepłodne pary są pozbawiane nadziei na macierzyństwo. Często koszty całej procedury przewyższają ich możliwości finansowe. Leczenie nie jest finansowane przez system ubezpieczeń zdrowotnych i w mojej ocenie, zawdzięczamy to obecnie rządzącym. To oni odebrali wielu matkom szansę na macierzyństwo i spełnienie marzeń o własnym potomstwie. Na chwilę obecną zaledwie kilka miast, z własnych budżetów, refunduje zabiegi in vitro. Przykre to bardzo. Trudno mi się z tym pogodzić, że najskuteczniejsza metoda leczenia niepłodności jest w Polsce krytykowana i wręcz próbuje się ją zakazać! Co gorsze w cały ten proces miesza się Boga. Każdy z nas ma swoje sumienie i zgodnie z nim postępuje. Często słyszę, że in vitro zabija i nie możemy za wszelką cenę starać się tą metodą o dziecko. Nie wiem skąd ludzie biorą te wszystkie informacje. Żyjemy w Ciemnogrodzie. Proponowana naprotechnologia jest tak naprawdę całym czasem prób, który pomógł nam podjąć decyzję o IVF (ang. in vitro fertilisation, zapłodnienie pozaustrojowe). Przecież to nie jest tak, że wstajemy rano i mówimy: chcemy mieć dziecko i rozpoczynamy procedurę. Cały ten czas prób, to właśnie naprotechnologia. Robimy wszystko, co możemy, ale kiedy wszystko zawiedzie to wówczas decydujemy się na kolejny krok, jakim jest właśnie in vitro. Mam w swoim otoczeniu na szczęście garstkę ludzi, którzy nie akceptują tej metody. Sami nigdy by z niej nie skorzystali, ale też nie mają nic przeciw temu, żeby inni byli dzięki niej szczęśliwi. W moim mieście większość popiera ją całkowicie. I dlatego jestem pewna, że dopóki prawnie nie zostanie wszystko uregulowane, spora liczba małżeństw starających się o dziecko będzie skazana na porażkę.

 

– Córka ma cudownych rodziców. Czy córka wie o heroicznej walce mamy i taty o jej istnienie?

– Córka ma niespełna 9 lat. Wie o swoim poczęciu tyle, ile na jej wiek wystarczy. My jej opowiadamy o tym, jak jest bardzo wyczekiwanym i kochanym przez nas dzieckiem. Wie doskonale, że mama miała chory brzuszek i żeby się urodziła musiała pomóc jej pani doktor. Często sama pyta, jak to było, kiedy ją pragnęliśmy. Siadamy wtedy i zaczynam historię od nowa… Córka wie doskonale, że jest taka klinika, w której dobre anioły pomagają być rodzicami…

 

– Czy przeszlibyście raz jeszcze tę samą drogę wiedząc już jaka jest trudna?

– Czasem myślę o tym, czy drugi raz miałabym tyle samo siły. Bywało, że zastanawiałam się często skąd te siły w ogóle miałam. Ale wiem, że zrobiłabym to wszystko raz jeszcze. Bez wahania. My kobiety zniesiemy naprawdę wiele na drodze do upragnionego dziecka. A mając przy tym wsparcie męża i rodziny siły te się zdwajają…

 

– Co poradziłaby Pani parom, które są obecnie na początku drogi o własne potomstwo?  

– Przede wszystkim nie wolno się poddawać. Walczyć dopóki nam sił wystarczy. Wykorzystać wszystkie możliwości, jakie daje nam dzisiaj nauka. Wierzyć, że się uda. Oczywiście płakać, jeśli trzeba. Ale starać się mieć tyle sił w sobie, by te łzy wytrzeć w rękaw i wziąć się w garść! Ważne, by wspierać siebie nawzajem. Dodawać sobie otuchy i nie być osamotnionej w staraniach. Wsparcie małżonka i całej rodziny jest kluczowe. Trzeba też przede wszystkim samej chcieć tą walkę stoczyć i stawiać czoło wszelkim przeciwnościom będąc świadomą, że łatwo nie będzie…

 

Dziękuję za rozmowę.

dr Izabella Szum

Zobacz także:

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Jeżeli nie zgadzasz się na zapisywanie plików cookies, zmień ustawienia Twojej przeglądarki zgodnie z informacjami wskazanymi w Regulaminie strony.Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu.

Darmowy informator

Dziękujemy. Informator został wysłany na podany adres email.